Nena Fan Page for Polish Fans
piątek, 08 sierpnia 2014
Soltau, 7.07.2007

3

 

Od 23 lat jestem fanką Neny i przez cały ten długi okres udało mi się spełnić niemal każde marzenie dotyczące mojej idolki, oprócz jednego - tego najważniejszego, a zarazem najmniej realnego: bycia na jej koncercie! Aż do dnia 07.07.07., kiedy to wraz z moimi dwiema przyjaciółkami Mychą i Aną pojechałam do Soltau, by po raz pierwszy zobaczyć Nenę na żywo!
Przez kilka miesięcy gorączkowo przygotowywałyśmy się do naszej „podróży życia”, aż wreszcie 6 lipca 2007 spotkałyśmy się w autokarze jadącym do Hannoveru. Następnego dnia byłyśmy już w uroczym miasteczku Soltau, gdzie w słynnym Heide Parku miałyśmy przeżyć najwspanialsze 90 minut naszego życia. Specjalnie na ten cel przygotowałyśmy poduszkę w kształcie serca z dedykacją od polskich fanów Neny oraz transparent z napisem „NENA – DU BIST UNSER VITAMIN. FANS AUS POLEN”.
Koncert miał się zacząć o godz. 20.30, a my już ok. 16-stej byłyśmy pod bramą wejściową, gdzie spotkałyśmy się z naszymi przyjaciółmi z niemieckiego forum NENASOUND: Sisko, Britti, Peddi, Olli, Petrotto i innymi. To było niesamowite przeżycie móc znaleźć się w gronie tylu fanów Neny, których dotąd znałam tylko z Internetu. Mimo bariery językowej świetnie się porozumieliśmy i czas mijał nam bardzo sympatycznie. Humor psuła nam trochę ulewa, która zniweczyła plany na nasz umówiony piknik, ale nie był to aż taki problem. Kto by się zresztą przejmował ulewą, kiedy z parku dobiegał nas już głos naszej Idolki, która właśnie odbywała próbę! Na wiele godzin przed koncertem usłyszałam już strzępki takich piosenek jak „Helden” czy „Remmi Demmi”, i z ciarkami przebiegającymi po plecach zaczynałam sobie uświadamiać, co mnie dzisiaj czeka!
Ok. 17.30 brama wejściowa została otwarta. Wtedy tłumy ruszyły do wielkiego wyścigu, którego pierwszym etapem były bramki, gdzie sprawdzano bilety i zawartości naszych toreb.Następnie, po przebiegnięciu długiej szosy, czekała nas jeszcze droga przez ogromny, pokryty trawą plac, aż wreszcie dotarłyśmy do celu i zajęłyśmy miejsce w drugim rzędzie, tuż za naszą ekipą z forum.
Mimo, iż do wejścia naszej idolki zostało jeszcze kilka godzin czas mijał nam niepostrzeżenie. Najpierw zagrały dwa amatorskie zespoły, a w czasie ich występów raz po raz z boku sceny pojawiały się znajome postacie – muzycy Neny, jej dzieci, jej siostra Nane itd. Potem byliśmy świadkami zaręczyn na scenie ( w końcu to szczęśliwa data!), a następnie do akcji wkroczyli pracownicy techniczni, którzy zaczęli przygotowywać wszystko na show gwiazdy wieczoru. Najbardziej podobało nam się to, że po bokach sceny zostały zainstalowane wielkie mikrofony dla…publiczności! A zatem na koncertach Neny widownia też jest gwiazdą!
Teraz już nasze emocje zaczęły sięgać zenitu. Stałam tam, patrzyłam na scenę i na samą myśl o tym, kogo tutaj za chwilę zobaczę czułam napływające do oczu łzy. Czułam się tak, jakby to wszystko było snem. Pięknym snem na jawie, w który wciąż trudno było uwierzyć.
I wreszcie nadszedł ten moment… Moment, na który czekałam tyle lat!
Punktualnie o godz. 20.30 stanęli przed nami chłopcy Neny: John, Pauly, Nader, Arne, Derek i Van, powitani przez nas brawami i entuzjastycznymi okrzykami. Kiedy rozbrzmiały pierwsze dźwięki „Mach die Augen auf”, a zza kulis dobiegł nas jakże dobrze nam znany, jedyny w swoim rodzaju głos, powtarzający słowa „Leben…Leben…”, wówczas serce podskoczyło mi do gardła i wpadłam w euforię, która nie opuściła mnie przez następne 90 minut. A potem pojawiła się Ona. Weszła na scenę tanecznym krokiem, promienna i roześmiana, i kiwając nam ręką zaczęła śpiewać swój nowy hit. Z naszych gardeł rozległ się ekstatyczny okrzyk radości. Jest! Nena!!!!! Stoi niecałe dwa metry przede mną! Tak piękna, że aż nierzeczywista! Lśniące, czarne jak heban włosy, błyszczące oczy, promienny uśmiech, czarna, fantazyjna koszula, popielate spodnie ze srebrnymi ozdobami, w uszach wielkie, srebrne koła, na nogach tradycyjne trampki… Żadne zdjęcie ani video nie jest w stanie oddać pełni jej prawdziwej urody, ani niezwykłej aury, jaką promieniuje. Przekonałam się o tym dopiero wtedy, gdy zobaczyłam ją na własne oczy.
Muzyka porwała nas od razu, wszyscy klaskaliśmy do rytmu, skakaliśmy i śpiewaliśmy wraz z nią refren piosenki, a w górze unosił się prezent od polskich fanów – nasza poduszka w kształcie czerwonego serca. Kiedy śpiewała tuż przed nami było wyrażnie widać, jak czyta widniejący na niej napis i w jej oczach pojawia się iskierka zdziwienia. Moja radość nie miała granic!

Później jeszcze wielokrotnie podnosiłam w górę naszą poduszkę, a Ana transparent, i widziałyśmy, że nas obserwuje, jakby chciała się przekonać, jak fani z obcego kraju reagują na jej muzykę. A kiedy raz po raz patrzyła mi prosto w oczy miałam ciarki na plecach i momentami aż odwracałam wzrok, nieco speszona jej przeszywającym spojrzeniem. To było niesamowite uczucie!
Kiedy pierwszy utwór dobiegł końca, Nena rzuciła się przed nami na kolana, dziękując za gorące powitanie i za entuzjastyczne przyjęcie nowej, niewielu osobom jeszcze znanej piosenki. W jej oczach widać było radość i szczęście. Widać było, jak ważna jest dla niej reakcja publiczności.
Tymczasem chłopcy zaczęli naprawdę dawać czadu! Rozległy się głośne, punkowe dźwięki kolejnego premierowego utworu, który znajdzie się na nowej płycie - „Eiszeit”, przy którym Nena wręcz wychodziła z siebie! Biegała po całej scenie, szalała i śpiewała ostrym, wręcz agresywnym głosem, a ja nie mogłam uwierzyć, że można mieć w sobie aż tyle energii i tak świetnie przy tym śpiewać - bez fałszu i bez grama zadyszki! Ale ta energia udzielała się także mnie – skakałam jak dzika i nawet próbowałam śpiewać razem z Neną, mimo, iż z całej piosenki znałam tylko słowo…”eiszeit”!
Przy kolejnym kawałku nie było już w Soltau nikogo, kto by stał bez ruchu i nie śpiewał. Legendarny hit „Nur Getraumt”, od którego dokładnie 25 lat temu zaczęła się Jej kariera, wykrzyczeliśmy zgodnym chórem od początku do końca. Zaprezentowana przez nią i jej chłopców wersja była bardzo energetyczna i zbliżona do tej z płyty „Nena feat. Nena”.
Następnie Madame zafundowała nam krótki powrót do lat 90-tych, i zaprezentowała jedną ze swoich ówczesnych piosenek: punk-rockowy kawałek „Wenn wenigstens Sommer war”, który świetnie podtrzymał nastrój dzikiej zabawy, choć śpiewali go pewnie tylko ci najwierniejsi fani (ze mną włącznie!), bowiem jej utwory z tego okresu są niestety mniej znane.
A potem nastąpiła prawdziwa parada hitów! Zapoczątkował ją wielki przebój 2005 roku – „Willst Du mit Mir gehn”, który, ku mojej radości, z dyskotekowej piosenki przeistoczył się w prawdziwie rockowy utwór. Kiedy Nena zaśpiewała pierwsze słowa piosenki („Chcesz iść ze mną?”), spojrzała na nas wymownie i już wiedzieliśmy o co chodzi…Zadała pytanie, więc trzeba jej odpowiedzieć! Oczywiście, że chcemy iść z nią! Nawet na koniec świata! Z ponad czterech tysięcy gardeł wydobył się gromki okrzyk, pomieszany z piskiem, a twarz piosenkarki promieniowała radością: ”Dzięki!” - zawołała. I znów niemal całą piosenkę wyśpiewaliśmy zgodnym chórem, a Nena raz po raz kierowała w naszą stronę mikrofon i szalała tak, jak tylko ona potrafi.
Teraz nastąpiła szczególna chwila dla nas – fanek z Polski. Oto usłyszeliśmy utwór, który dla każdej z nas ma wielkie, bardzo osobiste znaczenie - kultową balladę „? (Fragezeichen)”.To właśnie ta piosenka sprawiła, że ponad 20 lat temu pokochałyśmy muzykę Neny . W 1984 roku słuchałyśmy jej na legendarnej liście przebojów radiowej „Trójki”, a dziś zapatrzone w naszą idolkę, ze łzami wzruszenia w oczach śpiewałyśmy wraz z nią nasz ukochany refren: „Heut komm ich, heut geh ich auch, und morgen ist es dann vorbei…”
Przez ostatnie lata „Znak zapytania” prezentowany był na żywo w akustycznej, balladowej wersji, a tym razem spotkała nas wielka niespodzianka – usłyszeliśmy nowe, szybsze i bardziej rockowe wykonanie! To było po prostu piękne! Niezapomniana chwila wielkiego uniesienia! Chwila, która trwała nadal przy kolejnym utworze – następnej kultowej balladzie: „Wunder gescheh’n”. Także ona została zaprezentowana w zupełnie nowej, bardziej dynamicznej wersji, o ile dobrze pamiętam, z elementami reggae, i w pierwszym momencie w ogóle jej nie poznałam! Pod koniec piosenki Nena ustawiła statyw mikrofonu w naszym kierunku i teraz to my śpiewaliśmy dla Niej! Dotąd znałam ten moment tylko z nagrań video, a dziś z oczyma mokrymi od łez wraz z tysięcznym tłumem śpiewałam dla stojącej naprzeciw mnie Neny i każde słowo tego refrenu było najszczerszą prawdą: „cuda się zdarzają – ja je widziałam…”! Tego wieczora w Soltau naprawdę zdarzyły się cuda!
Następną piosenką, jaką usłyszeliśmy, była ukochana przez wszystkich fanów od lat 9 do 99 „Latarnia morska” czyli „Leuchtturm” – i to w trzech wersjach! Zaczęło się spokojnie, balladowo i wzruszająco, potem skakaliśmy przy najbardziej znanej, oryginalnej wersji i na całe gardła wykrzykiwaliśmy słynne „aaaaahhh!!!”, a wreszcie, tylko przy akompaniamencie perkusji Vana, śpiewaliśmy „So wie es ist und so wie du bist…”, czyli wersję 2002! Ufff…co to było za szaleństwo! Nie do opisania! I na koniec jeszcze jedna niespodzianka – nagle „Latarnia” przemieniła się w…”Haus der 3 Sonnen”! Właściwie był to tylko refren tej piosenki, z bardzo ostrym, rockowym akompaniamentem, z Neną wygłupiającą się wraz z Naderem i z naszymi uniesionymi w górę rękoma, falującymi w rytm muzyki.
Ale tak naprawdę był to dopiero początek szaleństw, bo oto rozpoczęła się prawdziwa zadyma – Nena & Band zagrali nam najbardziej czadowy utwór wieczoru „Remmi Demmi”! To kolejna piosenka z mającej się ukazać za dwa miesiące nowej płyty, a więc dla większości widzów jeszcze nieznana – chyba, że z oryginalnego wykonania zespołu Deichkind. Ja w każdym razie już ją znałam i skacząc jak dzika wydzierałam się na całe gardło wraz z Madame i jej chłopcami: „Yippie Yipie Yeah - Yippie Yeah!!! Krawall und Remmi Demmi!!!!!!” Nie da się opisać tego, co działo się wtedy na scenie i na widowni! Totalny obłęd! Heide Park po prostu eksplodował! Bez wątpienia był to jeden z najbardziej energetycznych momentów tego koncertu.Również dwa następne utwory to premierowe nagrania z niepublikowanej jeszcze płyty Neny – i to już samo to, że mogłam je usłyszeć na żywo zanim krążek znajdzie się na sklepowych półkach, było dla mnie wielkim przeżyciem. Do piosenki „Wir bauen eine Stadt” podeszłam początkowo nieco sceptycznie, bowiem posłuchałam ją wcześniej w oryginalnym wykonaniu zespołu Palais Schaumburg i nie przypadła mi do gustu. Jednak wersja Neny okazała się tak porywająca, że już po chwili wyśpiewywała wraz z nią słowa refrenu! Znów był to mocny, szybki, punkowy kawałek i coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że jej nowa płyta będzie dokładnie taka, na jaką czekam od lat – prawdopodobnie najbardziej rockowa w jej karierze!
Wreszcie przyszedł czas na najbardziej przeze mnie oczekiwaną piosenkę wieczoru: „Helden” – mój ukochany hit Davida Bowie’go w wykonaniu mojej idolki! Byłam przekonana, że jestem zbyt przywiązana do oryginału, bym mogła w pełni zaakceptować cover, ale okazało się, że Nenie nie można się oprzeć. Kiedy swoim dźwięcznym, pełnym emocji głosem zaczęła śpiewać tę cudowną, wzruszającą balladę, znów miałam ciarki na plecach i łzy w oczach. To było przepiękne wykonanie! Nena nadała tej piosence swój własny charakter i nagle stała się ona jej piosenką. Myślę, że David Bowie może być z niej zadowolony.

Po tych chwilach wzruszeń bawiliśmy się przy dwóch czadowych kawałkach z ostatniej płyty – „Lass mich” oraz „Ich komm mit dir”. Przy tej pierwszej byłam trochę zdezorientowana, bowiem Nena kompletnie pozmieniała tekst i melodię i nie bardzo mogłam się w tym połapać – ale refren „lalalalalala…” oczywiście nie sprawił mi żadnego problemu!  Największe wrażenie zrobił na mnie jednakże moment, kiedy chwyciła pałeczki odJ perkusji i zaczęła walić w talerze! To było niesamowite! Również „Ich komm mit dir” było wspaniałe – totalne szaleństwo, przy którym cały Heide Park drżał w posadach! Pamiętam, że podczas tournee’2005 wersja live tej piosenki była jednym z największych hitów wśród niemieckich fanów, a teraz wreszcie i ja mogłam ją usłyszeć i przekonać się, na czym polega jej fenomen.
Następny utwór kompletnie zbił mnie z tropu…Zupełnie nie wiedziałam, co to jest! Byłam przekonana, że to jedna z premierowych piosenek z nowej płyty. Znowu była to pełna poweru, punk-rockowa „czadówa”, przy której po raz kolejny byłam pod ogromnym wrażeniem możliwości wokalnych mojej idolki. Znam ją od tylu lat, ale nie wiedziałam, że potrafi aż tak śpiewać! Na płytach jej głos zwykle jest słodki i zmysłowy, a tutaj usłyszałam prawdziwie dziką Rocklady i szczęka mi autentycznie opadła z wrażenia! Nie ma w tym żadnej przesady – takiej Neny jak wtedy w Soltau nigdy wcześniej nie słyszałam! A tajemnicę, co to była za piosenka, odkryłam dopiero po powrocie do Polski - zajrzałam na setlistę tegorocznych koncertów i wtedy ze zdumieniem przeczytałam, że to „Das vertagt sich nich” z ostatniej płyty, tyle, że ze zmienionym tekstem i tytułem „Das ist nich gut fur mich”! Piosenka znana od 2 lat, a żadna z nas jej nie rozpoznała! 
Kiedy zabrzmiały pierwsze tony miłosnej ballady „Liebe ist” stwierdziłyśmy, że to idealny moment, by rzucić na scenę nasze „miłosne wyznanie” od polskich fanów. Ponieważ stałam zbyt daleko, by dorzucić poduszkę, toteż podałyśmy ją stojącej przy barierkch Sisko. Za pierwszym razem spadła na ziemię, ale jeden z ochroniarzy był tak miły, że oddał ją nam powrotem. Za drugim razem czerwone serce wylądowało na wielkiej kolumnie, na którą Nena często wchodziła, by być bliżej nas, a John odstawiał na niej swoje brawurowe solówki na gitarze. Jakiś czas poduszka leżała u stóp Neny, ale w końcu nie wiem, co się z nią stało, jakoś w pewnym momencie zniknęła nam z oczu. Prawdopodobnie porządkowi wynieśli ją za kulisy, żeby Madame się na niej nie poślizgnęła. ;-)
Moją uwagę zwróciło to, że ten koncert był nieco inny niż zwykle – zazwyczaj Nena bardzo dużo mówiła, a tym razem mówiła nie wiele i skupiała się bardziej na śpiewaniu. Jej kontakt z publicznością był mimo to fantastyczny i magiczny – i nie potrzebowała do tego słów. Wystarczyło, że stanęła, wyciągnęła w naszą stronę ręce – a my od razu zaczynaliśmy krzyczeć, kwiczeć i piszczeć jak szaleni, i to przez kilka minut! Śmiała się wtedy promiennie, w jej oczach widać było łzy wzruszenia, a ja zastanawiałam się, co czuje człowiek, który ma taką władzę nad tłumem. Jej spojrzenia, gesty, uśmiech, obserwowanie naszych reakcji, radość z naszego entuzjazmu i uwielbienia dla niej – wszystko to stanowiło magię jej kontaktu z publicznością.
Kiedy rozległy się pierwsze dźwięki „99 luftballons – New version” wiedziałam, że zbliża się moment pożegnania i ogarnął mnie smutek. Ale nie na długo, bo przed nami było jeszcze wiele atrakcji. Przy współczesnej, balladowej wersji „baloników” śpiewaliśmy z namaszczeniem, a nasze uniesione w górę ręce falowały w rytm muzyki. Przy starej, szybszej wersji szaleństwo dosięgło zenitu. Kto by pomyślał, że zaśpiewam kiedyś z Neną i 4-tysięcznym tłumem największy hit mojego dzieciństwa??? Dopiero teraz, kiedy piszę tą relację uświadamiam sobie, ile niesamowitych rzeczy dane było mi przeżyć tego wieczora. Wtedy jednak o tym nie myślałam, dałam się ponieść chwili. Śpiewałam, skakałam, klaskałam, kwiczałam, a momentami ocierałam pojawiające się w oczach łzy wzruszenia…Ostatnia zwrotka „baloników” należała do nas – ale nie do końca… Już mieliśmy śpiewać słowa „widzę świat leżący w gruzach” kiedy Nena przejęła mikrofon i zawołała: „Nie widzę już świata w gruzach! Świat nie jest jeszcze stracony! Można go jeszcze uratować – i my możemy to zrobić!” Miałam ciarki z wrażenia! Niezwykle przejmujący, i jakże aktualny apel…Na koniec chłopcy tradycyjnie zagrali „baloniki” na melodię „Hey, Jude” Beatlesów, cały Heide Park wydzierał się „Neun und neunzig, Neun und neunzig Luftballons, Luftballons…” a John po raz kolejny wskoczył na „naszą” kolumnę i uraczył nas swoją czadową solówką oraz uwodzicielskim uśmiechem.
Chwilę później nastąpiło pierwsze pożegnanie. Nena i jej chłopcy razem stanęli na brzegu sceny, śmiejąc się i kiwając, a my dziękowaliśmy im za cudowny wieczór gromkimi brawami, piskami i krzykami. I oczywiście domagaliśmy się bisów! Chwilę zastanawiali się, czy zostać, ale jednak zniknęli za kulisami. Na szczęście tylko na moment, bo już kilka minut później scena zatonęła w pięknym, niebieskim świetle, chłopcy wrócili i zaczęli grać powalający wstęp do „Irgendwie Irgendwo Irgendwann”. Moja euforia nie miała granic! Wreszcie weszła Madame – jeśli można to w ogóle nazwać wejściem… Tego, co wyprawiała przez następnych kilka minut nie da się tak po prostu opisać słowami…Jeden szpagat, drugi szpagat, mostek, tarzanie się po scenie, bieganie za chłopakami, udawane kopniaki…Czyste szaleństwo! Patrzyliśmy z otwartymi ze zdumienia ustami i raz po raz wyrywał się z nas okrzyk zachwytu.
Nena jest jedyna w swoim rodzaju! Nie potrzeba jej układów choreograficznych ani tabunów tancerzy. Ona sama w sobie stanowi centrum widowiska! To niesamowite, jaki magnetyzm ma w sobie ta filigranowa kobieta, która przyciąga wszystkie spojrzenia i nie można od niej oderwać wzroku. Raz po raz spoglądałam na moje koleżanki i widziałam błogie uśmiechy na ich twarzach oraz zamglone oczy, utkwione w szalejącą na scenie postać. Wszystkie byłyśmy w permanentnym szoku!
Zresztą, nie tylko Nena przyciąga uwagę, bowiem także chłopcy są ważną częścią show, a wydobywające się z ich instrumentów dźwięki są jak eksplozja, porażająca nasze zmysły. Najseksowniejsi faceci na scenie – długowłosy John, przypominający Jima Morrisona, oraz wytatuowany Nader - każdym szarpnięciem w struny gitary wywołują w nas muzyczną ekstazę. Bas słodkiego Paula (któremu wiecznie coś spadało) pulsuje w naszych skroniach, perkusja Vana niemal rozrywa uszy, a wszystko to ubarwiają swoimi klawiszami Derek i Arne. No i oczywiście nie mogę też pominąć mojego ulubionego „Country-man’a” Bindi’ego, który raz po raz wchodził na scenę ze swoją gitarą akustyczną (m.in. przy „Helden”) Bez wątpienia ci chłopcy to najlepszy zespół, jaki miała Nena od czasu swojego oryginalnego „bandu” z lat 80-tych!

Kiedy skończyła się tradycyjna wersja „irgendwinów” Madame zaserwowała nam ostatnią tego wieczora wspólną zabawę, tym razem w rytmie ragga, i oto mogłam wraz z nią wykrzyczeć słynne słowa „Nicht irgendwie, nicht irgendwo, sondern JETZT!” Wszyscy śpiewaliśmy z uniesionymi w górę rękoma i chcieliśmy, by ta chwila trwała wiecznie. Ale jak wiadomo, nic nie trwa wiecznie, i przyszedł czas ostatecznego pożegnania.
Nena i jej zespół znowu zebrali się na brzegu sceny i pokłonili nam nisko. Jeszcze przez wiele minut staliśmy tam i skandowaliśmy jej imię, nie tracąc nadziei, że do nas wyjdzie. Niestety…nie wyszła…90 minut raju na Ziemi skończyło się definitywnie… Zostały wrażenia, emocje, przepływające przed oczami obrazy i rozbrzmiewające w uszach dźwięki…
Sen się skończył, a my wciąż nie mogłyśmy się otrząsnąć. Właściwie, do dziś jeszcze tak jest. Teraz, kiedy piszę te słowa, przeżywam to wszystko raz jeszcze i nie mogę uwierzyć, że naprawdę mnie to spotkało. Warto było czekać 23 lata na spełnienie mojego marzenia! Teraz wiem, że nikt nie pozna dobrze swojego idola, jeśli nie zobaczy go na żywo. Jestem wdzięczna losowi, że spotkało mnie takie szczęście i mogę czuć się spełnioną fanką Neny. Oczywiście, tak to już jest, że apetyt wzrasta w miarę jedzenia, i chciałabym kiedyś przeżyć to jeszcze raz, ale nawet, jeśli się nie uda, to i tak mam już co wspominać do końca życia!

Szczególne podziękowania chciałam złożyć wszystkim osobom, bez których mój wyjazd na koncert Neny byłby niemożliwy: Anie, jej kuzynowi Thomasowi, oraz mojej rodzince, która mnie cały czas wspierała! Dzięki Wam sen stał się jawą!

Ritta, 12.07.2007

Ahlbeck, 9.08.2008

2

 

7 lipca 2007 roku przeżyłam coś, o czym przez 23 lata mogłam tylko marzyć – po raz pierwszy w życiu byłam na koncercie mojej idolki Neny. Przebyłam setki kilometrów i wydałam mnóstwo kasy po to, by móc doświadczyć tego, czego pragnie każdy fan. Jednak, jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kiedy tylko otrząsnęłam się z szoku po koncercie w Soltau, znowu zaczęłam marzyć…Chciałam przeżyć to ponownie. Jeszcze bardziej i  jeszcze mocniej, bo jak śpiewa Nena -  „jeden raz to za mało.” :-)

Kiedy w maju 2008 rozpoczęło się tegoroczne tournee, a fani zaczęli przesyłać na forum swoje relacje i zdjęcia, było mi smutno, że tym razem nie mogę być z nimi. Jeśli już raz się coś takiego przeżyje, to potem jest bardzo ciężko zadowolić się samymi tylko relacjami, człowiek chce znowu poczuć ten dreszcz emocji!

I wtedy pojawił się nowy termin – 9 sierpnia Nena miała wziąć udział w polsko-niemieckim festiwalu Usedom Rock na granicy Świnoujście/Ahlbeck!!!! To brzmiało tak piękne, że aż nierealnie! Nena na koncercie „prawie” w Polsce! (przy czym tutaj „prawie” nie robi żadnej różnicy! :-)) Takiej okazji nie można przegapić – zatem wraz z moimi „nenowymi” przyjaciółkami Anią Łamarz i Anią Szołą nie musiałyśmy się wcale zastanawiać – decyzja była prosta: jedziemy!!!!

I tak oto 8 sierpnia 2008 spotkałyśmy się w pociągu do Świnoujścia, gotowe na nową przygodę. Ok. godziny 14.30 byłyśmy już na miejscu koncertu. Był to przygraniczny parking, który nie wyglądał zbyt okazale, a jednak to właśnie tutaj miałyśmy jakieś 7 godzin później przeżyć kolejny niezapomniany koncert naszego życia! 

Przed wejściem na teren koncertu ustawione zostały trzy kasy, gdzie zebrały się już niezbyt liczne grupki fanów. Nie koniecznie jednak fanów Neny, bowiem tego wieczora wystąpić miała jeszcze inna gwiazda: młody, przystojny wokalista polskiego pochodzenia - Thomas Godoj – który niedawno wygrał niemieckiego „Idola” i był teraz obiektem histerycznego uwielbienia wśród nastoletnich dziewczynek. I takich właśnie dziewczynek znalazło się tutaj najwięcej. Po chwili udało nam się w tym tłumie dostrzec nasza koleżankę z Austrii – Monikę „Sisko”. Z okrzykiem radości rzuciłyśmy się sobie w ramiona i powitałyśmy się bardzo serdecznie. Sisko miała już zaklepane pierwsze miejsce pod jedną z bramek, a ja i Ana stanęłyśmy tuż za nią. Poznałyśmy także jej koleżanki Matty i Annikę. W międzyczasie Moni dała nam nasze bilety oraz opowiedziała o wczorajszym koncercie w Berlinie, na którym stała tuż obok mamy Neny!

Do otwarcia bramek zostało jeszcze półtorej godziny i spędziłyśmy ten czas na sympatycznych rozmowach z Sisko i Anniką oraz odganianiu natrętnych os, które wyjątkowo się na nas uwzięły. Wreszcie nadszedł ten nerwowo wyczekiwany moment – groźnie wyglądający ochroniarze zdjęli taśmy zamykające wejście, i zaczęła się „akcja błysk” – kontrola i wyścig pod scenę. Cudem udało nam się zdobyć doskonałe miejsce przy barierkach, na samym środku, dokładnie naprzeciwko mikrofonu. Stałyśmy zatem w pierwszym rzędzie – a więc udało nam się spełnić kolejne marzenie! Jednakże marzenia wiele kosztują…Ludzie z tyłu porozsiadali się jak na pikniku, a my stałyśmy przy barierkach ściśnięte niczym sardynki w puszce. Nie ma lekko! Bycie hardcorowym fanem wymaga wielu poświęceń. ;-)

Godzina do rozpoczęcia festiwalu minęła nam dość szybko. Ani się nie spostrzegłam, kiedy na scenie pojawiła się dwójka prowadzących – z Polski i Niemiec. I od razu się wkurzyłyśmy, bo z wielką pompą zapowiedzieli, że gwiazdą wieczoru będzie Thomas Godoj, czemu towarzyszył oczywiście totalny pisk zebranych na widowni panienek. Kiedy więc wreszcie raczyli zapowiedzieć naszą Nenę, jej fani postanowili nie być gorsi i również zareagowaliśmy wielkim aplauzem – ale panienek od Godoja nie udało nam się przebić. Trochę się zmartwiłyśmy z Aną, że te dziewczynki nie wypuszczą swojego idola ze sceny i będą bojkotować Nenę. Zapowiadała się ostra „wojna fanów”!

Na razie jednak czekały nas występy dwóch polskich zespołów – niestety, kompletnie nieznanych…Zespół „Jesienni Przyjaciele” był całkiem niezły – grali słynne polskie przeboje w heavy metalowych wersjach, mieli dobrą wokalistkę o mocnym głosie, i dobrze się bawiłyśmy – w przeciwieństwie do nieco znudzonych Niemców. Następnie na scenę wkroczyły roznegliżowane panienki z grupy „Nasty Ladies”, które nas kompletnie nie interesowały, więc usiadłyśmy sobie z Aną tyłem do sceny i prawie przysypiałyśmy. Kiedy wreszcie sobie poszły, zaczęły się przygotowania do koncertu pierwszej gwiazdy wieczoru, a nam wręczono do rąk czerwone balony. Nie bardzo rozumiałam dlaczego – przecież to nie Nena miała teraz wystąpić! Hm…o co tu chodzi?!

Thomas Godoj pojawił się ok. 21-szej i dał bardzo fajny show, który zrobił na mnie duże wrażenie. Chłopak jest przystojny, ma seksowny głos, i gdybym była nastolatką to pewnie też byłabym jego fanką. Te oczywiście szalały na maxa i jak zaczynały piszczeć, to dosłownie czułam, że zaraz mi popękają bębenki uszne! Wkrótce dowiedziałam się, do czego miały służyć baloniki – przy jednej z piosenek wszyscy wypuściliśmy je w niebo. Wyglądało to bardzo pięknie!

QUEEN IS COMING!

Jeszcze w trakcie występu Godoja zobaczyłam kręcącego się po scenie Bindiego – muzyka i zarazem pracownika technicznego Neny, który przygotowywał dla niej scenografię. Wtedy już adrenalinka mi podskoczyła w górę i z jeszcze większą siłą uświadomiłam sobie, że zaraz się zacznie to, na co czekam! Po dwóch bisach pożegnaliśmy „słodkiego Tomka” i ku mojemu zdziwieniu dziewczyny wcale zbyt długo za nim nie piszczały. Byłam przekonana, że teraz na widowni znacznie się rozluźni, bo nastoletnie fanki pojadą do domów, a tymczasem zaczęło się robić jeszcze ciaśniej! Wszyscy nagle chcieli się dopchać do przodu! Wśród widowni wyczuwało się niezwykłą atmosferę oczekiwania na coś szczególnego i wielkiego. Od razu było wiadomo, że teraz pojawi się na scenie najważniejsza persona tego wielogodzinnego przedstawienia - prawdziwa gwiazda wielkiego formatu. To było niesamowite uczucie wielkiego, zbiorowego napięcia.

Tymczasem scena, która dotąd prezentowała się niezbyt okazale (na tyle, iż stwierdziłam, że to zbyt nędzne miejsce dla Neny) zupełnie zmieniła wygląd i stała się bardziej reprezentatywna. Wreszcie zaczęli pojawiać się chłopcy z zespołu. Arne i Derek  stanęli nieco z tyłu za swoimi instrumentami klawiszowymi, Van zasiadł przy okazałej perkusji, słodki Pauly i seksowny Nader ustawili się z gitarami po lewej, a mój ukochany gitarzysta John, którego pojawienie się przyprawiło mnie o mocniejsze bicie serca, stanął tradycyjnie po prawej. Do muzyków dołączyła jeszcze urocza, 18-letnia córka Neny – Larissa, ubrana cała na biało, w sexowną mini spódniczkę i koszulkę z podobizną swojej mamy, i wtedy już zaczęło się dziać. Scena rozbłysła feerią migoczących barw, z głośników rozbrzmiała ostra muzyka, a z naszych gardeł wydobył się entuzjastyczny pisk.

Kiedy pojawiła się sama „Królowa” wówczas ogarnęło nas totalne szaleństwo. Cóż to było za spektakularne wejście! Prawdziwa bomba! Nagle ujrzałam ją na samym środku sceny, dziko, seksownie i wyzywająco tańczącą w rytm otwierającego show utworu „Haus der drei Sonnen”, ubraną w efektowny, czerwony żakiecik z czarnym napisem „Against” na plecach, fantazyjną mini-spódniczkę, błyszczące legginsy i botki na wysokim obcasie… Wyglądała oszałamiająco – jeszcze lepiej niż w Soltau! Dosłownie zaparło mi dech! Nie wiem jak ta kobieta to robi, ale z wiekiem jest coraz młodsza i coraz bardziej sexy!

Następnie usłyszeliśmy „Nur Getraumt” – i tu już nie trzeba zbyt wiele mówić, bo wiadomo, że to najbardziej energetyczny kawałek wszechczasów i nikt w Ahlbeck nie stał w tym momencie cicho i bez ruchu, a Nena wręcz wychodziła z siebie! Trzecią piosenką „na rozgrzewkę” była kultowa ballada z 2001 roku – „Carpe Diem”, tym razem w bardzo szybkiej, wręcz punk-rockowej wersji, klimatem zbliżonej do „Ganz oben”. I już tutaj Nena rozpoczęła swoje zabawy z publicznością, kiedy to kazała swoim chłopcom przestać grać, a my zgodnym chórem ryczeliśmy „oooooo…carpe diem!!!!” Genialnie!

W międzyczasie pozbyła się swojego żakieciku i pokazała się nam w czarnym topie, ozdobionym różowym napisem „Rock”. Stwierdziła też, że pod sceną jest zbyt pusto i zaprosiła dzieciaki z widowni, by podeszły bliżej. Zaraz ruszyła tam cała chmara szalejących maluchów, wyciągających do niej ręce – Ona zaś co chwilę pochylała się do nich i pozwalała się dotykać. To był niesamowity widok!

Nena od razu nawiązała bezpośredni kontakt z publicznością, była rozgadana, wesoła, zwariowana, spontaniczna i pełna szalonych pomysłów. Na scenie ciągle się coś działo i gdybym tylko dokładnie wszystko pamiętała to przy każdej piosence mogłabym opowiedzieć osobną historyjkę – ale pamięć niestety jest zawodna, i nawet dwa dni po koncercie nie jestem w stanie wszystkiego dokładnie i po kolei odtworzyć.

Tymczasem po ekspesyjnym „Carpe Diem” rozbrzmiały pierwsze dźwięki jednego z największych hitów ostatnich lat – „Willst du mit mir gehen”. „Chcecie iść ze mną?” – pytała nas Nena. „TAAAAAK!!!!!!!!!” – krzyczeliśmy na całe gardła. „Ja też chcę iść z wami!!!!” – krzyczała ona, doprowadzając nas do totalnego wrzenia. „Chcę iść z wami na koniec świata! Jestem tu dla was, a wy jesteście dla mnie. Dla kogo tutaj jesteście!? Kogo chcecie!?” – pytała dalej. A my na to: ”CIEBIE!!!!!!!” I przez następnych kilka minut krzyczeliśmy i piszczeliśmy jak w ekstazie, a ona jeszcze bardziej nas podjudzała, a nawet krzyczała razem z nami. To co się działo było wręcz nie do opisania! W końcu doszła do wniosku, że trzeba by jednak trochę pośpiewać. „Chcecie odliczyć dla zespołu?” – spytała. Jasne, że chcieliśmy! „Raz! Dwa! Trzy! Cztery!” – odliczyliśmy zgodnym chórem, i chłopcy znowu dali czadu, a my znowu śpiewaliśmy razem z Madame i fantastycznie się bawiliśmy.

Kolejny utwór to ubiegłoroczny hit „Ich kann nix dafuer”, którego bardzo brakowało mi w Soltau. Na koncercie ta taneczna, lekka pioseneczka przerodziła się w mocny, rockowy kawałek o typowym dla Neny brzmieniu.

Następnie zaczęła się piosenka, która od ubiegłego roku jest moim prywatnym live-hitem nr 1 – „Das ist nicht gut fuer mich”. Nena i jej chłopcy dali czadu i doprowadzili nas do prawdziwej koncertowej gorączki! Także Larissa cały czas szalała –świetnie tańczyła i była nie mniejszą atrakcją tego show, niż jej mama. Najbardziej podobały mi się te momenty, kiedy podchodziły do siebie i tańczyły razem. Wyglądało to bardzo sexy!

A potem klasyka – „Leuchtturm”! Najpierw tradycyjnie wersja balladowa – przepięknie i niezwykle przejmująco zaśpiewana przez Nenę, a potem już od nowa zaczęło się szaleństwo. Wszystkie ręce w górze, cały Ahlbeck śpiewa i klaszcze! Fenomenalna atmosfera!

Po energetycznej, rockowej części koncertu przyszedł teraz czas na uspokojenie i chwile wzruszeń. Na środek sceny została wwieziona skrzynia, która normalnie służy do przechowywania sprzętu, i na tej skrzyni usiedli we trójkę: John, Nena i Larissa („Moja przyjaciółka Larissa” – przedstawiła ją mamusia, na co odpowiedzieliśmy gromkim aplauzem). Teraz zabrzmiała śliczna balladka z ostatniej płyty – „Fuer Dich tu ich Fast alles” – w cudownej, akustycznej wersji, przepięknie i bardzo emocjonalnie zaśpiewana przez obie panie Kerner. Wszyscy się zasłuchaliśmy i zapanowała bardzo romantyczna atmosfera. W czasie solówki Johna znowu zaczęliśmy piszczeć i klaskać, a Nena śmiała się promiennie, wyraźnie uszczęśliwiona naszą reakcją. Korzystając z tej małej przerwy obdarowała swojego gitarzystę oraz córeczkę soczystymi buziakami, co oczywiście znowu dało nam pretekst do wybuchu entuzjazmu. Ja z kolei omal nie zemdlałam z wrażenia, kiedy John kilkakrotnie uraczył mnie swoim spojrzeniem i uwodzicielskim uśmiechem. Ufffff ….Co za emocje! Zaraz zaczęłam kwiczeć do Any, niczym te nastoletnie fanki Godoja: „Widziałaś!? Uśmiechnął się do mnie!!!”

Następnym punktem tego akustycznego setu była legendarna ballada z 1984 roku – „Lass mich dein Pirat sein” – dla nas, polskich fanów, szczególnie ważna, bowiem był to jeden z nielicznych utworów, jakie lansowano wówczas w naszej telewizji. I teraz, po tylu latach, usłyszałam go na żywo! Przy tej piosence do siedzącej na skrzyni trójki dołączył jeszcze Nader, a Nena znów nabrała chęci na zabawę z publicznością – intonowała różne wokalizy typu „ooh yeeeaaah”, a my powtarzaliśmy za nią. Było super!

Potem Larissa, Nader i John wrócili na swoje miejsca, Nena przewiozła skrzynię bliżej krawędzi sceny, usiadła i zaczęła śpiewać utwór, który był dla mnie absolutnym punktem kulminacyjnym tego koncertu: moją ukochaną, kultową balladę z 1989 roku - „Weisses Schiff”. Nie da się opisać moich emocji…Śpiewała niesamowicie pięknie i przejmująco, chłopcy grali ostro i rockowo, a ja stałam tam i płakałam…ale tak naprawdę płakałam…łzy dosłownie płynęły mi po policzkach… To było wspaniałe i niezwykle intensywne przeżycie.

Potem następny punkt kulminacyjny, mój ukochany utwór z ostatniej płyty i największy przebój Soltau - „Helden”! W Ahlbeck zabrzmiał równie wspaniale i znów miałam ciary na plecach oraz łzy w oczach. Nena zaśpiewała mistrzowsko i bardzo przejmująco, a chórki w wykonaniu Bindiego i Johna świetnie dopełniały całości.

Po tych chwilach wzruszeń przygraniczny parking w Ahlbeck zmienił się w wielką dyskotekę – zaczęła się część electro! Na początek wielki techno-hit 2002 roku „Oldschool baby”, z nowym refrenem, nawiązującym do szkoły, założonej przez Nenę: „Chodź ze mną do nowej szkoły, chcę, żebyś podał mi rękę, chodź ze mną do nowej szkoły;  nowej szkoły, której potrzebuje ten kraj!” Uwielbiam ten kawałek – szczególnie w nowej wersji. Od razu dałam się ponieść temu rytmowi i zaczęłam tańczyć. Nena natomiast rozszalała się na dobre i całkowicie zatraciła się w scenicznym szaleństwie, sprawiając, że koncert przerodził się w zwariowaną imprezę!

Przy następnej piosence – „Lass mich” - znowu zaczęła swoje gierki z publicznością. Śpiewała refren „lalala…” różnymi głosami – raz cienkim, raz grubym, raz piskliwym, raz szepcząc, raz krzycząc – a my to wszystko po niej powtarzaliśmy. Zabawa była wyśmienita i bardzo wesoła! W Soltau ta piosenka nie bardzo mi się podobała, ale tutaj było super! No i oczywiście nie zabrakło popisowego numeru z Neną walącą w talerze od perkusji. Piękna sprawa! 

Tymczasem zaczęła się następna taneczna piosenka – „Ich komm mit Dir” – jeden z moich ukochanych kawałków z 2005 roku. Znów daliśmy się ponieść porywającej muzyce, a podczas długiej solówki Nena zaczęła swoje improwizacje. „Czego ode mnie oczekujecie?” – krzyczała i śmiała się. „No, chyba dobrej zabawy, co? Ja w każdym razie bawię się z wami znakomicie. A wy? Dobrze się bawicie???” „Taaaaak!!!!” „A teraz – wołała znowu, ustawiając w naszą stronę statyw od mikrofonu – teraz jest wasz czas! Teraz możecie robić wszystko, co chcecie!” No więc przez następnych kilka minut wydzieraliśmy się i kwiczeliśmy, a ona jeszcze bardziej nas podjudzała skacząc, klaszcząc uniesionymi w górę rękoma i krzycząc w naszą stronę, nawołując do jeszcze większego szaleństwa. Atmosfera zabawy sięgała zenitu! „Gdybym była Madonną to powiedziałabym teraz „Let’s celebrite”!” – zawołała, przedrzeźniając głos amerykańskiej gwiazdy – „Ale ja nie jestem Madonną! Jestem NENĄ!!!!” My znowu w krzyk! „Chociaż oczywiście bardzo lubię Madonnę. Jest super!” – dodała. A potem…potem zaczęła odstawiać swoją sceniczną gimnastykę – najpierw zrobiła mostek, przy którym dosłownie zaparło nam dech, po czym zaczęła czołgać się po scenie, wyginając się tak, jakby jej ciało było z gumy! To był niesamowity widok! Coś takiego można zobaczyć tylko na Jej koncercie!

Po czterech piosenkach zakończyła się część dyskotekowa – która jednakże, dzięki improwizacjom Neny i jej zabawom z publicznością, trwała bardzo długo – po czym rozbrzmiały romantyczne tony kultowej ballady „Wunder gescheh’n”, którą pięknie odśpiewaliśmy razem z Neną, trzymając w rękach zimne ognie, które wręczyła nam Sisko. „Kochani…” – zawołała w międzyczasie piosenkarka – „to jest prawdziwy cud, że po 25-ciu latach ciągle jesteście tu ze mną! DZIĘKUJĘ WAM!!!!!” To była piękna, wzruszająca chwila, którą przyjęliśmy gromkimi oklaskami. W trakcie tego koncertu zresztą niejednokrotnie usłyszeliśmy od niej słowa podziękowania – za naszą obecność, za wspaniała zabawę… Raz nawet nam te podziękowania odśpiewała w jakiejś spontanicznie przez nią wymyślonej melodii – i my też mieliśmy to za nią powtarzać. Wyraźnie było widać, że doskonale się z nami bawi, i że cieszy ją nasza żywiołowa reakcja. Między Neną a nami stworzyła się tego wieczora szczególna więź - totalna chemia, która aż iskrzyła. To było niezwykłe uczucie. 

Kolejna piosenka i znów wielkie wzruszenie – „Znak zapytania”, kultowy hit lat 80-tych, szczególnie ważny dla polskich fanów. W Ahlbecku usłyszeliśmy go w rytmicznej, kołyszącej wersji, i ze łzami w oczach śpiewaliśmy o tym, że „nikt nam nie powie, co jest dla nas najlepsze, bo sami wiemy to najlepiej”.

I nagle ze sceny rozległo się hasło, którego nie zapomnę do końca życia. „Stoicie tak daleko…” – zawołała Nena – „Przeskoczcie przez te barierki i chodźcie tu do mnie!!!!”

To był moment…Najpierw sekunda niedowierzania… Naprawdę mogę tam do niej pójść?! Ale już w następnej sekundzie widzę, że Sisko przedziera się przez barierkę… Po chwili Ana podaje mi mój plecak, i już bez zastanowienia ruszam do przodu. Biegiem, jak w amoku, dopadam do sceny… Ona akurat się pochyla, by nas przywitać, a ja doskakuję do niej i łapię jej rękę…TRZYMAM NENĘ ZA RĘKĘ I PATRZĘ JEJ PROSTO W TWARZ! A ona się do mnie śmieje – nie pierwszy już raz tego wieczora, ale pierwszy raz tak blisko. I to się dzieje naprawdę! To nie jest sen! Jeszcze teraz, kiedy o tym pomyślę, łzy napływają mi do oczu i czuję ciarki na plecach…Czegoś takiego nie mogłam sobie nawet wymarzyć! To był jeden z najbardziej niezwykłych momentów mojego życia!

Tymczasem lecą „Baloniki” – Nena śpiewa, biega po scenie jak dzieciak, co chwilę podchodzi do stojących pod sceną fanów, łapie ich ręce, podkłada mikrofon…Chłopcy szaleją, Larissa szaleje, my szalejemy…Ludzie kotłują się, krzyczą - totalna histeria! Niestety,  wkrótce „balonowe szaleństwo” dobiegło końca i … nadeszła chwila pożegnania. Zespół zebrał się na brzegu sceny, tuż przed naszymi nosami, i pięknie się nam pokłonił. Jeszcze nie wyszli, a my już zaczęliśmy skandować o bisy. Nena śmiała się, i postała jeszcze chwilę z nami, a potem pobiegła za kulisy – ale my wiedzieliśmy, że i tak zaraz do nas wróci! 

Po chwili scena rozbłysła niebieskim światłem, chłopcy wrócili do swoich instrumentów i już wiedzieliśmy, co teraz będzie – „Irgendwie Irgendwo Irgendwann”! Imprezka rozpoczęła się od nowa – znowu krzyki, piski, kotłowanie pod sceną, a na górze show pełną parą… No i Nena patrząca mi prosto w oczy... Szyja mnie już bolała od tego zadzierania głowy, ale nie mogłam sobie odmówić przyjemności oglądania wszystkiego z bliska. Coś takiego już nigdy się przecież dla mnie nie powtórzy! W pewnym momencie podłożyła mikrofon pod nos Any i moja rozpromieniona koleżanka pięknie odśpiewała refrenik – i w tej samej chwili dłoń Neny została złapana przez dziesiątki par rąk…Wyglądało to niesamowicie!

Po „irgendwinkach” przyszedł niestety czas na ostatni punkt programu – ukochaną balladę fanów „Liebe ist”, którą od początku do końca odśpiewaliśmy razem z Nią. Po raz ostatni tego wieczora urządziła nam wspólną zabawę, ćwicząc z nami kolejne frazy tego mega-hitu, tak długo, aż nie zaśpiewaliśmy prawidłowo!

Kiedy krótko przed północą show dobiegł końca, Nena oraz jej team pożegnali się z nami i zeszli ze sceny…teraz już niestety na dobre…Pod sceną panował euforystyczny nastrój i wszyscy skandowaliśmy:  „Ne-na! Ne – na!” To oczywiście nic nam już nie dało, ale zabawa była fajna. Po chwili weszli panowie moderatorzy – których skutecznie zagłuszyliśmy naszym skandowaniem – i wtedy już było wiadomo, że to definitywny koniec. Nawet nie zdążyłyśmy się tym zmartwić - tak bardzo byłyśmy szczęśliwe i podekscytowane. Zaraz podbiegła do nas Sisko i gorączkowo zaczęłyśmy dzielić się wrażeniami. Nawet ona, stała bywalczyni koncertów, była w siódmym niebie po tym, co się tutaj dziś wydarzyło - a co dopiero powiedzieć o nas! To były – podobnie jak w Soltau – najwspanialsze chwile naszej „nenowej” historii!

DANKE NENA!!!

Ritta, 12.08.2008

Berlin, 19.07.2014

1

 

Do trzech razy sztuka

Tak naprawdę to wszystko nie miało się wcale wydarzyć. Dwukrotnie udało mi się być na koncercie Neny – w 2007 roku w Soltau i rok później w Ahlbecku – i byłam przekonana, że więcej się już na tak odważny krok nie zdobędę. Wiedziałam doskonale, że taka wyprawa to nie tylko cudowne i niezapomniane przeżycie, ale również ogromny stres i wyzwanie. Im byłam starsza, tym mocniej uświadamiałam sobie, że nie mam już ochoty na takie poświęcenie, i najwyższy czas porzucić marzenia o kolejnym spotkaniu z Neną.
Jednak nigdy dotąd nie byłam na koncercie mojej drugiej, wielkiej idolki - Kim Wilde (mimo, że jakieś 11 razy była w Polsce!) i wciąż było to do „odhaczenia” na liście rzeczy, które chciałabym jeszcze przeżyć. Skoro jednak było już tyle okazji, z których nie skorzystałam, to musiałaby chyba przyjechać do Poznania, żebym w końcu mogła ją zobaczyć. Wink W każdym razie na pewno nie przyszłoby mi do głowy jechać w tym celu do Niemiec! A jednak tak się właśnie stało…

W grudniu ubiegłego roku dowiedziałam się o planowanym na lipiec’2014 festiwalu muzycznym w Berlinie, na którym obok innych gwiazd mają wystąpić także „królowe lat 80-tych” - Nena i Kim Wilde. Kiedyś marzyłam o takim wspólnym koncercie (dwie pieczenie na jednym ogniu! Wink ), więc teraz te pragnienia znowu odżyły. Wraz z moją przyjaciółką Anią Łamarz postanowiłyśmy raz jeszcze rzucić się w wir przygody!

Welcome to the jungle

I tak oto 19 lipca około godziny czwartej nad ranem stawiłam się na dworcu autobusowym na Górczynie. Tam już zaczęły się przygody – niekoniecznie przyjemne. Stałam sobie grzecznie wraz z grupką innych turystów i oczekiwałam na autokar, a tymczasem Ania wysłała mi alarmującego sms-a, że jest już na miejscu i gdzie ja się podziewam, bo za 9 minut autokar odjedzie beze mnie!!!???? Obie zdenerwowałyśmy się nie na żarty! Okazało się, iż pojazd zatrzymał się w zupełnie innym miejscu, na samych peryferiach górczyńskiego dworca! Poinformowałam o tym resztę oczekujących i w te pędy ruszyliśmy na miejsce. Roztrzęsiona i zestresowana przywitałam moją Anię, która już czekała przed autobusem i pomogła mi się ogarnąć. Wreszcie wsiadłyśmy do środka i nasza podróż się rozpoczęła. Chwilę porozmawiałyśmy, a potem przyszedł czas na drzemkę, przy czym Ania od razu zasnęła, a ja do końca podróży nie zmrużyłam oka. Wink
Ok. godz. 8.30 zajechałyśmy do Berlina, gdzie trochę musiałyśmy się natrudzić, by znaleźć drogę z dworca autobusowego do stacji metra – zresztą nie tylko my, bo podobne problemy mieli także inni turyści. Następnie czekał nas skomplikowany dojazd do hotelu. Doprawdy byłam pełna podziwu dla Any, że potrafiła to wszystko ogarnąć. Dla mnie komunikacja w Berlinie była totalnie czarną magią. Wink
Kiedy w końcu dotarłyśmy na miejsce, zbliżała się godzina 11.00 i sympatyczna pani z recepcji od razu wpuściła nas do naszego „królewskiego apartamentu”. Smile Wreszcie mogłyśmy się bezpiecznie ulokować, odpocząć i uspokoić po wszystkich porannych stresach. Wink Miałyśmy dużo wolnego czasu i mogłyśmy spokojnie się wyspać – przy miłym akompaniamencie drozda, śpiewającego nam zza okna.

Piknik pod prażącym słońcem

Ok. godziny 17-stej zwarte i gotowe ruszyłyśmy w drogę ku przygodzie. Najpierw metro, potem kolejka – a tam na stacji tłumy ludzi, którzy podobnie jak my zmierzali na koncert do Wuhlheide. Przynajmniej nie musiałyśmy się martwić, że zabłądzimy. Kiedy wysiadłyśmy na stacji docelowej, wystarczyło tylko podążać za nimi.
I tak sobie szłyśmy spacerkiem po zacienionej, leśnej drodze i z zaciekawieniem przyglądałyśmy się otaczającym nas ludziom. Rozpiętość wiekowa była zadziwiająca – od dzieciaków po emerytów – do tego co chwilę ktoś w koszulce Neny! Wreszcie doszłyśmy do celu, przeszłyśmy przez kontrolę przy bramkach i byłyśmy w środku – na legendarnym Kindl Bühne Wuhlheide. Po raz pierwszy bez czekania w kolejce i ścigania się o dobre miejsce pod sceną. Wink
Ogrom obiektu był porażający - podobnie jak niezmierzone masy ludzi, którzy już się w nim znajdowali. To robiło niesamowite wrażenie. Słońce prażyło niemiłosiernie, więc znalazłyśmy sobie zacienione miejsce na trybunach. Widok na scenę był całkiem dobry. Na dole, na płycie, było jeszcze dużo wolnego miejsca. Pod samą sceną kłębili się najwytrwalsi, dalej trochę ludzi porozsiadało się na kocach, i gdyby tylko nie świeciło słońce, którego z powodów zdrowotnych musze unikać, to bez żadnego problemu mogłybyśmy tam zejść. Postanowiłyśmy z Anią, że pod wieczór, kiedy będzie już trochę chłodniej, spróbujemy się tam wcisnąć.

Tymczasem wybiła 18-sta i zaczęła się impreza. Na scenie pojawił się sympatyczny prowadzący, który gorąco powitał zebraną na Wuhlheide, kilkunastotysięczną publiczność (ponoć było nas ponad 16 tysięcy!!!) i zapowiedział pierwszą wykonawczynię. Była to drapieżna Sharron Levy, podopieczna Neny z pierwszej edycji „The Voice of Germany”. Wyskoczyła na scenę w spodniach niemal identycznych jak te, które jej trenerka nosiła w 1984 roku (pamiętacie słynne zebry z koncertu w Birmingham?) i dała czadu ze swoimi rockowymi kawałkami i zachrypniętym głosem.
Po jej występie scenę znów przejął moderator, który znakomicie podkręcał imprezę i zachęcał ludzi do wspólnej zabawy. Ani trochę nie było nudno – atmosfera była naprawdę fantastyczna. Nigdy jeszcze nie byłam na takim mega-pikniku, gdzie całe rodziny bawiły się, tańczyły, śpiewały, zajadały kiełbaski i popijały piwo. Prawie jak „oktoberfest”, tylko, że latem. Wink
W międzyczasie dostałam sms-a od mojej koleżanki Kate Brave z polskiego fan clubu Kim Wilde. Okazało się, że ich ekipa już również dotarła na miejsce i stoją na dole, niedaleko sceny. Niestety, tam nadal świeciło słońce i nie mogłam do nich dołączyć. Miałam nadzieję, że może później się spotkamy, albo chociaż po koncercie uda nam się ze sobą przywitać i podzielić wrażeniami.
Wreszcie nadszedł czas na pierwszą prawdziwą gwiazdę wieczoru – Maggie Reilly, której dźwięczny głos jest jedną z muzycznych wizytówek lat 80-tych. Nigdy nie byłam jej wielką fanką, ale miło było posłuchać na żywo takie hity jak „To France”, „Everytime we touch” czy finałowy „Moonlight Shadow”. Pod koniec jej występu kręciłyśmy się trochę z Anią po Wuhlheide w poszukiwaniu czegoś dobrego do picia i zjedzenia, a potem zdecydowałyśmy się podjąć ryzyko i zejść na dół. I znowu nam się udało! Bez wielu godzin czekania i poświęceń stanęłyśmy w niewielkiej odległości od sceny, a w jeszcze mniejszej od wybiegu prowadzącego w głąb publiczności, i miałyśmy idealny widok na artystów. W tym momencie mogłam się już cieszyć, że zobaczę z bliska Nenę i Kim Wilde. Smile W międzyczasie zauważyłyśmy ekipę z niemieckiego forum, która tradycyjnie stała przy barierkach, i przywitałyśmy się z nimi.
Następny punkt programu dla mnie mógłby nie istnieć, albo przynajmniej być krótszy, bo dłużył się niemiłosiernie – chociaż wszyscy wokół mnie doskonale się bawili, włącznie z Anią. Był to zespół z lat 70-tych, Middle Of The Road, wykonujący takie przeboje jak „Soley Soley” czy „Sacramento”. Sympatyczna starsza pani w blond włosach i mini sukience skutecznie rozkołysała publikę, a ja zmagałam się z pijaną kobietą, która wiecznie we mnie wpadała lub trzaskała mnie po głowie balonami. Wink Cała jej ekipa była zresztą nieźle wstawiona i miałam ich szczerze dość. Cóż, takie uroki masowych festynów. Wink

„Perfect Girl”

Ok. godziny 20.30 spełniło się moje wielkie marzenie: po raz pierwszy zobaczyłam na żywo boską Kim Wilde! Najpierw na scenę wszedł jej zespół, z bratem Ricky’m, bratanicą Scarlett i basistą Nickiem Beggs’em na czele, a potem zjawiła się Ona: cała w czerni, z burzą długich blond włosów na głowie i okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Wyglądała zjawiskowo! Na jej widok zaczęłam histerycznie krzyczeć, a w oczach pojawiły się łzy. Oto kolejna idolka mojego dzieciństwa zeszła z plakatu i stała przede mną – kobieta z krwi i kości, a jednocześnie olśniewająca gwiazda. Ok., może i miała tu i ówdzie trochę za dużo kilogramów, ale taką ją właśnie kochamy – naturalną i nie udająca kogoś, kim nie jest. „Perfekcyjna dziewczyna to nie ja!”

Show rozpoczęła od wystrzałowego „Chequered Love”, który od razu podgrzał temperaturę na maxa. Co prawda dookoła mnie nadal trwał rodzinny piknik, ale nie brakowało fanów, którzy dopingowali swoją gwiazdę. Z pewnością najbardziej wyróżniali się nasi polscy „wilderowcy” w białych koszulkach i czapeczkach (które od czasu do czasu widziałam fruwające nad wybiegiem, bo stali po drugiej stronie, dokładnie naprzeciwko nas), ale również ekipa z niemieckiego forum Neny nie leniuchowała i dzielnie podkręcała imprezę. Rzecz jasna, my z Anią także szalałyśmy jak należy. Dla nas wszystkich to już nie był „letni oktoberfest”, lecz spotkanie z boginią popu!
Następnym utworem był mój ukochany „View from a bridge”, przy którym jak zawsze miałam dreszcze z wrażenia, a potem legendarna „Cambodia” z chóralnym „oooh” w wykonaniu publiczności. Po niej zabrzmiały dwa mega porywające kawałki - przebojowy „The second time” oraz „Never trust a stranger”, przy którym Kim i Scarlett dały na wybiegu wspaniały popis swoich wokalnych możliwości. Skąpo odziana córeczka Ricky’ego wyginała się przy tym jak mała kocica. Wink Zdaniem Ani, „Młoda” trochę za bardzo wychylała się przed szereg, ale mnie to w zasadzie nie przeszkadzało. Lubię Scarlett i cieszyłam się, że również ją mogę zobaczyć. Podobnie jak jej sympatycznego tatusia oraz ekscentrycznego Nicka Beggs’a.
Później usłyszeliśmy dwie piosenki szczególnie bliskie polskim fanom Kim Wilde. Pierwsza z nich to „You came”, która już chyba zawsze będzie się kojarzyła z legendarnym występem piosenkarki na festiwalu Sopot’88. Podczas wykonania tego utworu całe Wuhlheide klaskało do rytmu, a nasi „wilderowcy” sumiennie machali czerwonymi wstążkami.
Rzecz jasna nie mogło zabraknąć też „You keep me hangin on”. który w latach 80-tych był dla mnie sztandarowym hitem Kim Wilde. Nie muszę chyba dodawać, że kiedy go usłyszałam to znów miałam łzy w oczach. Emocje były ogromne!
Następnie Kimmy przygotowała dla nas małą niespodziankę – cover przeboju Alice Coopera „Poison”, który wyszedł jej naprawdę znakomicie.
Wszystko było absolutnie perfekcyjne – show na scenie, atmosfera pod sceną i pełna poweru Kim, która często wchodziła na wybieg, gdzie mogłam oglądać ją z bliska i patrzeć w jej śliczne oczy (bo po jakimś czasie rzecz jasna ściągnęła okulary). Widać było, że wraz z zespołem doskonale się bawią i nie żałują energii.
Kiedy zabrzmiały pierwsze takty legendarnego hitu „Kids in America”, który zwykle grany jest na finał, nie mogłam uwierzyć własnym uszom. To już koniec???? Jak to możliwe??? Ile to trwało? Pół godziny? Najwyżej 40 minut, z pewnością nie dłużej… To chyba jakiś żart…!!!
Niestety, nie był to żart… Po czadowym kawałku, który doprowadził Wuhlheide do wrzenia, Kim i jej zespół ustawili się w szeregu i ukłonili. Widownia głośnym skandowaniem domagała się bisów, ale bezskutecznie. „Dziękuję!” – zawołała piosenkarka – „Teraz możecie się cieszyć na spotkanie z uroczą Neną!”
Oczywiście, że się cieszyłam na Nenę, ale wciąż jeszcze nie miałam dość Kim! Chciałam jeszcze!!!! Kiedy zniknęła ze sceny, czułam ogromny niedosyt. Jej występ trwał zdecydowanie za krótko. Sad
Nie zmienia to jednak faktu, że ujrzenie jej na żywo i uczestniczenie w jej koncercie było dla mnie cudownym przeżyciem, które niezmiernie mnie uszczęśliwiło. W końcu po tylu latach i tylu zmarnowanych okazjach udało mi się tego dokonać! Kim Wilde co najmniej kilka razy występowała w Polsce, a ja musiałam pojechać aż do Berlina, żeby ją zobaczyć. Teraz wreszcie mogłam poczuć się jej spełnioną fanką!

***************************************************************************

Po zakończeniu występu angielskiej blond bogini rozsiadłam się na ziemi, żeby nabrać sił przed najważniejszym wydarzeniem wieczoru. Zaczęło się końcowe odliczanie i napięcie rosło! Ekipa szykowała scenę dla Neny, a my z Anią tradycyjnie wypatrywałyśmy naszego ulubieńca Bindi’ego. W międzyczasie dostałam kolejnego sms-a od Kate, która napisała, że nie zostają na Nenie, bo są zbyt zmęczeni i chcą już wrócić do hotelu. Tak więc niestety nie udało nam się spotkać po koncercie… Sad

„Czy masz dla mnie trochę czasu?”

Tymczasem nadeszła chwila, na którą najbardziej czekałam – około godziny 21.45 na scenie zaczynają się pojawiać członkowie zespołu Neny: perkusista Van Romaine, gitarzyści Nader Rahy i John Andrews, „klawiszowcy” Derek von Krogh i Arne Augustin oraz nowy basista Richard Hammond, tymczasowo zastępujący chorego Paula di Leo. Po lewej stronie sceny zasiadają dwie wiolonczelistki, a centralne miejsce pod wielkim ekranem zajmuje chórek – wokalistka Aleen oraz dorosłe dzieci Neny – Sakias i Larissa.

Scena rozbłyskuje feerią barw, a nasze uszy rozdzierają pierwsze dźwięki „Haus der drei Sonnen” - w jeszcze bardziej rockowej i czadowej wersji niż ta z 2002 roku. Z wrażenia serce podchodzi mi do gardła. Zaczyna się!!!! Yeah!!!!!

Na scenie błyskają oślepiające światła i dzieje się tyle, że trudno wszystko ogarnąć, ale mimo wszystko od razu udaje mi się zobaczyć Ją – główną bohaterkę wieczoru! Wbiega niczym petarda – z promiennym uśmiechem i uniesionymi w górę rękoma wita publiczność i zaczyna szaleć. Skacze jak gumowa piłeczka, rzuca włosami na wszystkie strony i śpiewa silnym, mocnym głosem. Jej wygląd zwala mnie z nóg – zawadiacka grzywa, czarna skórzana kurtka i takież spodnie, a do tego wiśniowa koszula, nitowany pas i botki z frędzlami. Wow!!! Zaraz oszaleję!!! To niemal taka sama Nena, jaką poznałam i polubiłam 30 lat temu! Moja „dzika Rocklady” z 1984 roku! Nie mogę uwierzyć własnym oczom! Momentalnie zapominam o zmęczeniu i czuję się jak nowo narodzona.

Atmosfera na Wuhlheide zmienia się diametralnie. Nie ma już pikniku – ludzie wreszcie zachowują się tak, jak na prawdziwym koncercie. Zupełnie jakby Nena rzuciła na wszystkich czar. I chyba tak właśnie zrobiła, bo jej magnetyzm i charyzma są naprawdę ogromne.

Pierwszy kawałek dobiega końca i następuje krótkie powitanie: „Halo Berlin! Pięknie, że tu jesteście!!!” Na dłuższe pogaduszki nie ma czasu. Nena ma tylko godzinę, a chce dać z siebie jak najwięcej. I oto już dobiegają mnie pierwsze tony następnej piosenki. Łaaaaaa!!! Drę się jak opętana, a ze mną wszyscy dookoła. Co nas tak poruszyło? Oryginalny wstęp do „Nur geträumt” – identyczny jak na pierwszej płycie! W tej wersji Nena nie grała tego chyba od lat 80-tych! Prawdziwy „powrót do źródeł”. Obie z Aną jesteśmy w siódmym niebie.

Szaleństwo trwa, Nena wskakuje na wybieg i odstawia tak karkołomne figury, iż momentami martwię się, że spadnie. Skąd ta kobieta ma tyle energii??? Skacze i wygina się kilka metrów przede mną, a ja nie mogę uwierzyć, że znowu mogę być tak blisko niej i patrzeć prosto w te elektryzujące oczy. Naprawdę nie sądziłam, że znowu mi się to uda.

„Nur geträumt” skutecznie rozkręca publikę i Nena nawet nie musi nikogo namawiać do wspólnego śpiewania refrenu. Jak ja kocham takie chwile! A potem robi się jeszcze piękniej – gwiazda siada na taborecie z gitarą akustyczną w ręku i zaczyna grać kultowy „Znak Zapytania”. W tym momencie obie z Anią jesteśmy w niebie – dla każdej z nas to szczególna piosenka. 30 lat temu słuchałyśmy ją w „Trójce”, a dziś na żywo w Berlinie. Łzy w oczach, gęsia skórka na plecach, a w sercu szczęście i wzruszenie. Dla takich chwil warto żyć!

Po chóralnym odśpiewaniu przez publiczność refrenu „Heut komm ich…”, tempo przyśpiesza. Rockowa dama w skórzanych spodniach znów jest blisko nas na wybiegu i prezentuje nową piosenkę – „Kreis”. Wow! Izunia cała happy! Bałam się, że nie będzie premierowych kawałków, a tu taka niespodzianka!

Piosenka jest wystrzałowa – ma w sobie rockowy power i chyba trochę hip hopowego klimatu. Refren wpada w ucho i chociaż słyszę go pierwszy raz, to od razu chwytam melodię i próbuję wyśpiewywać razem z Neną: „Kein Stillstand, alles dreht sich so schnell, wie ein Riesenkarussel.” (oczywiście nie zapamiętałam tego tekstu, nie jestem aż tak dobra. Wink Znalazłam go później w artykule prasowym).

Nagle do wokalistki dołącza jej syn: „Hej, jestem Sakias!” – woła przemierzając wybieg – „Macie ochotę zaśpiewać na nowej płycie Neny? Będziemy was nagrywać!” Razem z mamą intonuje chwytliwe „oooh-oooh…”, które my głośno i ochoczo powtarzamy za nimi. Atmosfera trochę jak na meczu. Czegoś takiego jeszcze na koncercie Neny nie przeżyłam. Jest super! W międzyczasie zauważamy z Anią, że na scenie pojawił się facet Neny – Philipp - i kręci kamerą. Wow! Co tu się dzieje? Czyżbyśmy mogły liczyć na jakiś pamiątkowy film z „naszego” koncertu? Byłoby wspaniale.

I już leci następny kawałek. Spoglądamy na siebie zdziwione i zastanawiamy się, co to jest. „Zaubertrick”? Nieee!!!! To znów premierowa piosenka! No nie wierzę! Co za odwaga - grać tyle premierowego materiału na „rodzinnym pikniku”. Cóż, jak widać, Nena może wszystko! Smile Utwór nosi tytuł „Betonblock”, ma przebojowe, nowoczesne brzmienie i jak dla mnie to murowany hit!

Po tej małej podróży w przyszłość – czyli do nowego, jeszcze nie opublikowanego albumu Neny – cofamy się do lata 2002 roku. Wokalistka wraca z wybiegu na scenę, staje za jakimś kosmicznym sprzętem, który chyba ma coś wspólnego z instrumentami klawiszowymi (sorry, nie znam się Wink ) i zaczyna grać ówczesny hit „Oldschool baby”. Wuhlheide zmienia się w wielką dyskotekę i wszyscy tańczą, rozkołysani elektronicznymi bitami, które serwuje DJ Nena. Partie Westbama tradycyjnie przejmuje Nader, a na mnie szczególne wrażenie robi porażająca wokaliza „szefowej”. Uwielbiam, kiedy się tak wydziera! Wink

Po tych szaleństwach, z tempem podkręconym na maksa, przychodzi czas na chwile zadumy i wzruszenia. Nena, siedząc na taborecie, śpiewa z wielkim uczuciem balladę „In meinem Leben”, a z tyłu, na rozciągniętej zasłonie, pojawia się jej cień, który niczym w bajce o Piotrusiu Panu zaczyna żyć własnym życiem. Przepiękny show!

Wpatrzona i wsłuchana, ocieram łzy z oczu. Marzyłam, by usłyszeć tę cudowną i bardzo mi bliską piosenkę na żywo, i udało się!

Po tych emocjonalnych uniesieniach znów zaczyna się totalna zabawa. Wokalistka bierze do ręki gitarę elektryczną i zaczyna grać jedną z atrakcji tegorocznej trasy - „Zaubertrick” - prawdziwą perłę wyłowioną po latach z oceanu jej starych piosenek. Nowa wersja ma w sobie punk rockową zadziorność i wprowadza w doskonały nastrój.

Pierwsze tony następnej piosenki ponownie wywołują ekstazę na widowni – legendarny „Leuchtturm”, klasyka w pełnym tego słowa znaczeniu. I znów z oryginalnym wstępem z 1983 roku!

Szaleństwo sięga zenitu i całe Wuhlheide śpiewa ten jakże skomplikowany refren „aaaah” - a potem „so wie es ist und so wie du bist…”, czyli zarówno starą, jak i nową wersję tego porywającego hitu. W pewnym momencie Nena znów sięga po gitarę i serwuje nam soczyste riffy z „Jumpin Jack Flash” Rolling Stonesów, podczas gdy chórek i widownia cały czas śpiewają „aaaah”. Brzmi to na prawdę rewelacyjnie. Jestem pod mega wrażeniem. Łobuzerski uśmieszek wokalistki wskazuje na to, że i ona świetnie się bawi. W ogóle podczas tego koncertu często śmiga po scenie z gitarą. Raz nawet odstawiła popisową solówkę, ale niestety nie pamiętam przy którym utworze.

Również przy następnym kawałku pokazuje swój gitarowy kunszt. To kolejna premiera – otoczony już wśród fanów aurą legendy utwór „Berufsjugendlich”, w którym piosenkarka rozlicza się ze stereotypami, jakie rozpowszechniają na jej temat media. Stoi przed mikrofonem, szarpie w struny i ze swoją arogancką minką śpiewa ironicznym tonem: „Nena, nie możesz być przecież taką zawodową nastolatką!” Ten nonszalancki, rockowy kawałek z pewnością będzie sensacją. Na mnie zrobił ogromne wrażenie. Uwielbiam takie klimaty.

„Czy masz dla mnie trochę czasu…?” Te słowa mówią mi tak wiele… 30 lat temu właśnie od nich wszystko się dla mnie zaczęło: moja pasjonująca przygoda z Neną, która przywiodła mnie aż tutaj. Tego wieczora „99 baloników” ma dla mnie szczególny wydźwięk – to kulminacyjny moment mojego jubileuszowego „świętowania”. Wciąż nie mogę uwierzyć, że właśnie w taki sposób mogłam uczcić tą ważną dla mnie rocznicę!

„99 Luftballons” rzecz jasna doprowadza Wuhlheide do ekstazy. Nena rzuca w publiczność ogromne balony i szaleje tak, jak tylko ona potrafi. To nie są puste słowa – ta kobieta na prawdę daje czadu w stu procentach! Ja ledwo żyję po ekstremalnie upalnym dniu, a ona skacze i wije się jak wąż w opiętych spodniach ze skóry. Oczywiście dawno już zrzuciła kurtkę i koszulę, i została w czarnym topie na ramiączkach.

„Złapałam zbłąkany balonik i pozwoliłam mu odlecieć…” – to znów symboliczne słowa, bo koncert dobiega końca i czas się pożegnać z moją idolką.

Chłonę więc te ostatnie chwile, a piosenkarka i jej band grają właśnie finałowe „balony” na melodię „Hey Jude”. Sakias, Larissa, Aleen, dziewczyny od wiolonczeli – wszyscy wchodzą na wybieg i rozkręcają imprezę. Wuhlheide eksploduje! Nastrój jest fenomenalny! Mam łzy w oczach, bo sądzę, że to już koniec koncertu. Nie liczę na bisy, bo inni artyści też nie mogli ich grać.

I rzeczywiście nie ma bisów - ale Nena wcale nie schodzi jeszcze ze sceny! Leci „Irgendwie Irgendwo Irgendwann”!!!! Show ciągle trwa!!!! A my z Anią szalejemy ze szczęścia!

Scena owiana jest niebieskim światłem i rozbrzmiewa oryginalny, tak przez nas kochany, wstęp z 1984 roku. Znowu ciarki na plecach!!! Emocje sięgają zenitu! Kolejny legendarny hit mojego 30-lecia: „trójkowa” lista przebojów, zdjęcia ze „Świata Młodych”… Wiecznie żywe wspomnienia materializują się w Berlinie i życie zatacza koło. Bawię się wspaniale i cieszę się ostatnimi wspólnymi minutami z Neną i jej wspaniałym zespołem.

Koniec. Oklaski, krzyki, euforia… Nena promienieje! Bierze gitarę, siada na taborecie i zapowiada pożegnalną piosenkę – „Zusammen”. My z Anią w krzyk. WOW! Śpiewa dalej! I to „Zusammen”, o którym tak marzyłyśmy! Czy można chcieć więcej?

To finałowe wykonanie „Zusammen” powala mnie na łopatki… Nie da się opisać moich uczuć i emocji. Nie da się opowiedzieć, jak pięknie Nena śpiewa i jak sprawia, że przez tą chwilę wszyscy czujemy się jednością: „Jak słońce i księżyc należymy do siebie…”

Na koniec stawia statyw z mikrofonem na wybiegu i teraz my mamy śpiewać dla niej. Cudowne, niezapomniane chwile. Ta piosenka, ta muzyka, to przesłanie, ten chóralny śpiew publiczności… Ten uśmiech na twarzy Neny; to spojrzenie, które zdaje się kierować prosto na mnie; ten magnetyzm, którym emanuje, i ta magia, którą roztacza…

Warto było znieść wszystkie trudy, by przeżyć tą godzinę z Neną. Godzinę, w trakcie której dała z siebie wszystko – a nawet więcej.

A teraz żegna się z nami – ona, jej chłopcy, jej dzieci, jej chórek i wiolonczelistki. Szaleją razem na wybiegu (w pewnym momencie nawet ktoś z zespołu o mało z niego nie spadł!), a potem stają w rządku na scenie i kłaniają się nisko.

„Cześć!!!! Na razie!!!!” – woła Nena – „Mam nadzieję, że wkrótce znowu się spotkamy!”

Robi mi się smutno, że to już na prawdę koniec – ale jednocześnie jestem szczęśliwa, że dane mi było przeżyć coś tak cudownego i pięknego. Z pewnością jeszcze długo nie będę mogła ochłonąć. Jestem w absolutnym szoku i nie wierzę, że to wszystko na prawdę się zdarzyło.

Czasem życie staje się piękniejsze od marzeń.

***************************************************************************

Kiedy Królowa i jej świta zeszli ze sceny, zrobiłyśmy sobie z Anią mała foto-sesję na tle wielkiego portretu Neny, który pojawił się na ekranie po jej wyjściu. W międzyczasie podeszła do nas Anita i chwilę pogadałyśmy, a później postanowiłyśmy uciekać z Wuhlheide, zanim te wielotysięczne tłumy ruszą do wyjścia. W związku z tym niespecjalnie podziwiałyśmy finałowe fajerwerki, ale z tego co rzuciłam okiem wyglądały imponująco.
Przez całą drogę powrotną przeżywałyśmy koncert Neny i nie mogłyśmy dojść do siebie z wrażenia. Obie byłyśmy oszołomione i stale powtarzałyśmy, że nie wierzymy, iż to się działo naprawdę. Nena powaliła nas na kolana! Osobiście nie spodziewałam się, że znowu jej się to uda. Byłam przekonana, że za trzecim razem nie będzie już takich emocji, ale na szczęście się myliłam. Każdy koncert był inny i każdy przyniósł ze sobą niezapomniane wrażenia. Również występ Kim Wilde był dla mnie cudownym przeżyciem – szkoda tylko, że taki krótki…
Obie z Anią byłyśmy szczęśliwe i uznałyśmy zgodnie, że warto było podjąć każdy trud, by się tutaj znaleźć. Po powrocie do hotelu długo jeszcze gadałyśmy o dzisiejszych przeżyciach. Długo po północy położyłyśmy się w końcu spać – i tak zakończył się ten piękny dzień, który na zawsze pozostanie w naszej pamięci.

Nena, Kim – dziękuję Wam za ten niezapomniany wieczór w Berlinie!

You are the best!

Ritta, 28.07.2014